Imię i nazwisko:
Adres email:

Poleć treść:


Talon na balon, czyli prywatyzacja głupoty

Konrad Rękas, 04 Czerwiec 13 Dodaj komentarz Wyślij Drukuj

Popularny kawał o różnicy między egzaminem z matematyki w latach 70-tych, podczas którego wyliczano cenę kubika drewna, a współczesnym, w ramach którego należy pokolorować drwala jakoś przestał mnie śmieszyć.

Obejrzałem sobie bowiem testy gimnazjalne (czyli kwalifikujące do kontynuowania kształcenia na poziomie licealnym) z ostatnich lat. Dla przykładu, na mapce przedstawiającej państwo Władysława Łokietka trzeba było wskazać prowincje, które w jego skład nie weszły. Na wszelki wypadek słowa „Gdańsk” i „Pomorze Zachodnie” oraz samą granicę przedstawiono „na tłusto”. Po 9 latach nauki sporo uczniów padło jednak na tym pytaniu, bo nie wiedzieli co to Wielkopolska i Małopolska.
 
Pisanie dziś o tragicznych skutkach handkowo-buzkowej reformy oświaty – to kopanie leżącego. Wszystko już niemal zresztą napisano. Np. że wprowadzenie gimnazjów zniszczyło proces wychowawczy wyrywając dzieci w najtrudniejszym wieku z dobrze się znających środowisk, już opanowanych przez pedagogów i rzuciło w pozór dorosłości. Że wprowadzenie kolejnych progów kwalifikacyjnych (przy nieustającej powtarzalności niekompletnie i pospiesznie przyjmowanej wiedzy) dołożyło jedynie uczniom stresu, ale uniemożliwiło faktycznie uczenie. Że cofana coraz wcześniej specjalizacja czyni ogólnokształcący charakter edukacji fikcją. Że standaryzacja sprawdzania wiedzy, sprowadzenie go do testów i uczenia się „zagadnień” (czyli gotowych formułek) jest zaprzeczaniem prawdziwej edukacji, bo ćwiczy jedynie pamięć zamiast procesu myślowego. Że tak jak niegdyś nagle zniszczono system kształcenia zawodowego, tak teraz się go nieudolnie odtwarza, tworząc z zawodówek coś w rodzaju kanału do tworzenia przyszłych „proli”, za to przyszłym technikom dodając barier w postaci źle zgranych z maturami testów kwalifikacyjnych. Słowem obowiązujący system zawiódł na całej linii, udać się nie mógł, opierał się bowiem od początku na błędnych założeniach – a więc okazał się klęską równie fatalną w skutkach, jak wszystkie pozostałe „wielkie reformy” rządu  Buzka, bez wątpienia najszkodliwszego gabinetu III RP.
 
Równie znane są także skutki zdemolowania oświaty. Nawet, jeśli ktoś nie ma dzieci, ten gdzieś zapewne otarł się o ofiary systemu edukacji. „Kiedyś tacy nie skończyliby szóstej klasy...” - powtarzają nauczyciele gimnazjalni. „Kiedyś nie trafiliby do liceum...” - wzdychają pedagodzy sprawdzający matury. „W życiu nie poszliby na studia...” - kręcą głowami na uczelniach. A potem zostaje już kolejny stary, acz coraz bardziej aktualny kawał „jak pomyślę jakim jestem inżynierem, to się boję pójść do lekarza...”. Szczególnie bolesne jest to w przypadku zdewaluowanych studiów wyższych, opartych na wkuwaniu obrobionych na forach internetowych „zagadnień”. Chodzi nie tylko o przyszły los naszego zdrowia i stan mostów, ale choćby o kwestie życiowo-państwowe, jak wymiar sprawiedliwości. W niemal niepostrzeżony sposób np. skróciła się znacznie droga do funkcji sędziego, kiedyś ze względu na wymóg podwójnej aplikacji i długość studiów prawniczych osiągalnej w najlepszym razie po 30-tce,a więc po uzyskaniu pewnego doświadczenia życiowego. Tymczasem dziś hasłem jest „szybkość” i „dostępność”. Na upartego można już być magistrem prawa via Londyn po 3,5 roku, a misyjne role w społeczeństwie nieodwracalnie zamieniły się już tylko w mniej lub bardziej intratne zawody. Podobna deprecjacja, jak stała się udziałem dyplomu ukończenia studiów, sięga już doktoratów - nie tylko humanistycznych i społecznych, ale niestety także medycznych, czy politechnicznych, niegdyś bywających ukoronowaniem ciekawej i ambitnej kariery zawodowej.
 
Oczywiście jednak chodzi nie tylko o to, żeby ponarzekać. Dziwić musi bezradność systemu edukacji wobec inwazji kretynizmu. Młodzież bowiem wcale nie jest przecież głupsza niż 30 czy 20 lat temu, umiejętności i wiedza pozyskiwane z internetu wcale nie muszą być znacząco gorsze od tych czerpanych z książek, a rosnąca dynamika życia bynajmniej nie zmusza do rozkładania rąk, że „widać tak musi być...”. Nauczyciele wszak doskonale wiedzą co mogliby i powinni uczynić, żeby na kolejnych szczeblach nauczania ich koledzy nie powtarzali „no kto tego głąba tu przepuścił!”. Instrumenty te są tymi samymi, które stosowano 30 lat temu, kiedy do szkoły trafił i piszący te słowa. Mówiąc najprościej: idiotę i nieuka należy oblewać, a jak nie pomoże – wywalić, a chuligana najpierw przerzucić z klasy do klasy, a następnie wylać ze szkoły. Kiedyś zbieraniu takiego elementu służyły tzw. szkoły uzawadawiające (dziś akurat do odtworzenia w szerszej skali, skoro akcent znowu ma być kładziony na tworzenie proli). Że co, że za proste i że tak, to się nie da? A niby czemu? A no właśnie, bo poza ogłupieniem systemu doszło też do jego pełzającej komercjalizacji, zatem środowiska opowiadające się za maksymalnie posuniętą „prywatyzacją oświaty” mogą w istocie przyjrzeć się skutkom swojej propagandy i lansowanych pomysłów.
 
Pozornie jest oczywiście odwrotnie. Załamanie publicznego szkolnictwa jest traktowane jako dowód na wyższość edukacji prywatnej, w której rynek ma rzekomo wymuszać wysoki poziom kształcenia. Tymczasem jak się okazało na wyżej przytoczonych przykładach – skutki są dokładnie przeciwne.
 
Nauczyciele nie oblewają nieuków, a szkoły nie pozbywają się łobuzów – bo pieniądz idzie za uczniem, a mamy niż demograficzny (za chwilę trafi wprawdzie do szkół wahnięcie cyklu w górę, ale i tak od lat utrzymuje się spadkowa tendencja dzietności). Oczywiście, to wciąż pieniądz „państwowy”, subwencyjny, podskubany po drodze przez biurokratów – ale już działający nieco na kształt tak wymarzonego przez edukacyjnych liberałów „bonu oświatowego”. Uczeń = pieniądz, dlatego dla danej szkoły jest cenny, choćby nie czytał bez palca i wkładał nauczycielom śmietnik na głowę. Dobrze, uparciuszki i tak jednak będą twierdzić, że to błąd systemu, a nie jego skutek, bo przecież „szkoły są nadal publiczne” (czyli przeważnie samorządowe), a gdyby nastąpił czas powszechnej prywatnej szczęśliwości – to wszystko by się naprawiło. Sęk w tym, że kłam tej tezie zadaje przykład prywatnego szkolnictwa wyższego. Poziom bakałarzy i magistrów sowicie opłacających swój pobyt na „prywatnych uczelniach europejskiego dmuchania szkła i lotów kosmicznych” nie jest – eufemistycznie mówiąc – wyższy, niż ich kolegów po uniwersytetach państwowych. Przeciwnie – student też, a nawet jeszcze bardziej - równa się pieniądz, a więc pozytywna selekcja via kapitalizm i liberalizm jakoś w edukacji nie następuje q.e.d.
 
Nie odpłatność wymusza bowiem jakość kształcenia. Nie odpłatność ją gwarantuje. Akurat piszący te słowa ukończył niepubliczną szkołę średnią (pierwszą tego typu na Lubelszczyźnie), ale jej poziom (zresztą nierówny) nie wynikał bynajmniej bezpośrednio z systemu opłat. Podobnie zresztą rzecz się ma z renomowanymi liceami w całej Polsce i równie oczywiste jest, że nawet bez rankingu „Rzeczypospolitej” wiadomo, że dyplom prawa, medycyny czy politechniki dyplomowi nie równy. Ważne bowiem gdzie go zdobyto. Ta banalna konstatacja wynika z faktu, że wciąż liczy się selekcja, dbałość o poziom wsparta metodami „odsiewu” odstających od niego, słowem rozwieranie nożyc edukacyjnych, a nie urawniłowka i pogoń za uśrednieniem, będąca skazą współczesnego świata, w tym zwłaszcza oświaty i wychowania. Każdy ma bowiem równe szanse, by być inteligentny, ale już nie każdy je posiada, by być wykształconym (ani nawet posiadającym dyplom czy inny papierek poświadczający pokonane etapy). Skoro więc nie każdy może i powinien ukończyć „Jagiellonkę”, to przecież i niektórzy nie muszą wyjść poza podstawówkę. W podobny sposób należy podejść do przywracania dyscypliny w szkołach. Oczywiście niezbędne jest też uporządkowanie całego systemu, likwidacja poronionej instytucji gimnazjów (co zaleca już nawet PiS, które za czasu swych rządów nie zrobiło w zasadzie nic dla kontr-reformy szkolnictwa), odejście od metod „tezowych” i „umiejętnościowych” i powrót do klasycznych metod i kierunków edukacji. Kluczowe jest jednak odróżnienie jakości od atrakcyjności kształcenia, a więc nie zwiększanie, ale odejście od dalszej komercjalizacji systemu. W przeciwnym razie kolejne pokolenie nawet nie będzie umiało pokolorować drwala.
 

Aktualna ocena

0

Oceń
Podziel się
KOMENTARZE
Aktualnie brak komentarzy. Bądź pierwszy, wyraź swoją opinię

DODAJ KOMENTARZ
Zaloguj się albo Dodaj komentarz jako gość.

Dodaj komentarz:



ZOBACZ TAKŻE
REKLAMA
SPOŁECZNOŚĆ
KATEGORIE
NAJNOWSZE ARTYKUŁY

#UOKiKtestuje - tornistry

Redakcja portalu 23 Sierpień 2021

RPO krytycznie o rządowym projekcie odpowiedzialności karnej dyrektorów szkół i placówek dla dzieci

Redakcja portalu 12 Sierpień 2021

"Moralność pani Dulskiej" Gabrieli Zapolskiej lekturą jubileuszowej, dziesiątej odsłony Narodowego Czytania.

Redakcja portalu 12 Sierpień 2021

Poznaliśmy laureatów I edycji ogólnopolskiego Konkursu "Pasjonująca lekcja religii"

Redakcja portalu 19 Lipiec 2021

Rusza konkurs "Pasjonująca lekcja religii"

Redakcja portalu 10 Maj 2021


OSTATNIE KOMENTARZE

Wychowanie w szkole, czyli naprawdę dobra zmiana

~ Staszek(Gość) z: http://www.parental.pl/ 03 Listopad 2016, 13:21

Ku reformie szkół średnich - część I

~ Blanka(Gość) z: http://www.kwadransakademicki.pl/ 03 Listopad 2016, 13:18

"Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie"

~ Gość 03 Listopad 2016, 13:15

"Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie"

~ Gość 03 Listopad 2016, 13:14

Presja rodziców na dzieci - Wykład Margret Rasfeld

03 Listopad 2016, 13:09


Powrót do góry
logo_unii_europejskiej