Imię i nazwisko:
Adres email:

Poleć treść:


Sprawdzanie w praniu. Czyli nasza narodowa specjalność

Ryszard Bieńkowski, 29 Październik 18 Dodaj komentarz Wyślij Drukuj

Każda reforma edukacji ma to do siebie, że jednym się podoba, a innym nie. Nie licząc tych, którym jest wszystko jedno, bo na przykład ich to nie dotyczy, podział na zwolenników i przeciwników biegnie na początku mniej więcej przez środek. Zawsze można znaleźć argumenty, żeby coś pochwalić, i zawsze, żeby coś zganić. Dopiero później, kiedy okazuje się, że teoria i ideologia to jedno, a praktyka i kłopoty dnia codziennego – drugie, dochodzi do jakiegoś przesilenia. I wtedy osób w jednym obozie ubywa, za to przybywa w drugim. I wszyscy mówią „a nie mówiłem?”.
 

Bo nasze reformy mają to do siebie, że sprawdzają się dopiero w praniu – i to w takim zasadniczym, na gorąco i od razu z wirowaniem. Nikt nie robi próbek na spodzie płaszcza albo na tylnej części portek, czy aby materiał jest gotowy na zaaplikowanie mu żrącego detergentu.


Taki mamy narodowy charakter, trochę jakby południowy, niecierpliwy i raptowny („mądry Polak po szkodzie”). To nic, że w zasadzie geograficznie jesteśmy raczej ludem północy. A może nas tu delegowano dla jakiejś równowagi w przyrodzie? Sam nie wiem.

W każdym razie wszystkie reformy, które pamiętam, gdy coś naprawiały, to też coś psuły. Na przykład wprowadzająca gimnazja reforma prof. Handkego niepotrzebnie pozwoliła je powiązać ze szkołami podstawowymi, zamiast, jak to było w planach, z liceami. Reforma pani Łybackiej wprowadziła nową maturę, ale ze strachu przesunęła ten egzamin o rok, do tego zlikwidowała ścieżki edukacyjne, ostatecznie sankcjonując zasadę, że „w szkole każdy sobie rzepkę skrobie”. Reforma pana Giertycha, z której w pamięci zostały mundurki i amnestia maturalna, wprowadziła… mundurki i amnestię maturalną – oba sztandarowe pomysły były z gruntu propagandowe, więc szkodliwe. Reforma pani Hall miała w założeniu odciążyć uczniów, żeby nie uczyli się kilkakroć tego samego, a w efekcie spowodowała, że wszystkiego nauczyli się po łebkach (bo zapomniano o podstawowej zasadzie repetitio est mater studiorum – banalnej, ale działającej). Reforma pani Kluzik-Rostkowskiej, czyli popis PR-owskiej dezynwoltury, pod pozorem nowoczesności wprowadziła rozwiązania rodem z PRL, wliczając w to jeden obowiązujący wszystkich podręcznik do edukacji wczesnoszkolnej. No i obecna reforma, która… a zresztą sami Państwo widzą, nawet trudno byłoby wszystko wyliczyć, bo największe szkody są jeszcze przed nami.

A może tak musi być? Może działa tu zasada, która mówi, że gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą? I że tylko ten się nie myli, kto nic nie robi? No tak, ale trzeba pamiętać, że mądrość ludowa ma dwa końce. A przypisywane trenerowi Kazimierzowi Górskiemu powiedzenie „Lepiej mądrze stać, niż głupio biegać”, takim właśnie drugim końcem może dla kogoś być.

Patrząc wstecz na historyczne konieczności, jakim podlegał system edukacji w Polsce, to w ostatnim 30-leciu z całą pewnością nieodzowna była reforma zainicjowana przez prof. Henryka Samsonowicza i panią Annę Radziwiłł, kiedy zmienił nam się ustrój. Reforma z początku była wprowadzana radykalnie (czyli po naszemu), ale dopracowywanie systemu trwało kilka lat. Za zakończenie tamtej reformy można uznać wprowadzenie w 1999 roku gimnazjów i niestety trzy lata później – trzyletniego liceum. I tutaj też pozytywy mieszają się ze szkodą, którą wyrządzono kilkunastu rocznikom uczniów. Bo gdyby reformę dokończono według pierwotnych założeń, gimnazja byłyby ściśle związane z liceami i stałyby się najmocniejszym członem całego systemu. Licea stanowiłyby résumé dotychczasowej nauki i ich celem byłoby przygotowanie do matury. Niestety gimnazja silnie związano ze szkołami podstawowymi, przez co nie stały się nigdy tym, czym powinny być – miejscem, w którym uczniowie zdobywają najważniejszy korpus wiedzy i uczą się samodzielności. Tę rolę nadal sprawowały licea – niestety skrócone do trzech lat, czyli osłabione i funkcjonalnie, i moralnie. W ten sposób popsuto całkiem dobrze wymyślony system. No może nie wymyślony, tylko podpatrzony w systemie przedwojennym z małą maturą po gimnazjum i z liceum będącym kursem przygotowawczym do dużej matury.
 

I na koniec pytanie – czy tak musiało się to skończyć? Po 30 latach prób, błędów i reperacji wracamy do systemu znanego z PRL. Przy czym te 30 lat zostawiło po sobie niestety chaos programowy i metodyczny, ponieważ zakres materiału, który uczniowie muszą sobie przyswoić, tworzono wówczas nie na zasadzie „to uczniowi będzie potrzebne”, tylko na zasadzie „jak tego mogłoby nie być?”.


Karykaturalną kwintesencją takiego podejścia jest uczenie dzieci zasady działania wiertarki ze schematu pokazującego jej budowę bez dania im tej wiertarki do ręki. Niestety ta karykatura to autentyk.

Moja odpowiedź jest taka: to się wcale jeszcze nie skończyło.

Dopóki nie zapanuje jakiś pax dei nad edukacją, to zawsze będziemy obserwować, jak domorośli poprawiacze wiedzeni swoim poczuciem zdrowego rozsądku będą naprawiać coś, czego do końca nie zrozumieli. A czy pax dei nad czymkolwiek w naszym północnym kraju i południowo gorącogłowym narodzie jest ktoś sobie w stanie wyobrazić?




* * *
 

 

 O autorze:
Ryszard Bieńkowski
fot. Jakub Swerpel
 

Ryszard Bieńkowski

Jest polonistą, choć sam nie ma pewności, dlaczego wybrał akurat te studia. Mógłby powiedzieć, że zawsze lubił czytać, ale by skłamał, bo książki docenił dopiero w szkole średniej. Z konieczności uczył się tam elektromechaniki, więc dla przyjemności musiał polubić co innego. Padło na literaturę. Duża w tym zasługa jego nauczycielki oraz kolegów, z którymi wymieniał się książkami. Widać z tego, że nigdy nie jest za późno, żeby zacząć czytać książki, ale trzeba uważać, bo nie wiadomo, dokąd to zaprowadzi.

Wiadomo natomiast, dlaczego na polonistyce wybrał specjalizację folklorystyczną, a potem zajął się poetyką pieśni ludowych. Stało się tak, ponieważ jest chłopem – z dziada pradziada. Od 20 lat związany jest z wydawnictwami edukacyjnymi, w których robił najróżniejsze rzeczy (długo by opowiadać). Sam też był wydawcą. Od czasu do czasu wykłada. W GWO zajmuje się pisywaniem – opisywaniem, wpisywaniem, dopisywaniem itd. Pisuje z różnych powodów, zwykle po to, żeby przybliżyć czytelnikom wydawane książki. Pisze też o czytaniu – razem z koleżanką i kolegą wymyślili i prowadzą grę promującą czytanie Między nami czytelnikami. Pisze więc o książkach i o czytaniu. Ma chłop całkiem przyjemną robotę, prawda?

Tekst ukazał się pierwotnie na blogu Gdańskiego Wydawnictwa Oświatowego

Gdańskie Wydawnictwo Oświatowe

 

Aktualna ocena

0

Oceń
Podziel się
KOMENTARZE
Aktualnie brak komentarzy. Bądź pierwszy, wyraź swoją opinię

DODAJ KOMENTARZ
Zaloguj się albo Dodaj komentarz jako gość.

Dodaj komentarz:



ZOBACZ TAKŻE
REKLAMA
SPOŁECZNOŚĆ
KATEGORIE
NAJNOWSZE ARTYKUŁY

Koszty wychowania dzieci w Polsce 2019

Redakcja portalu 31 Maj 2019

Kolorowanki do kosza, czyli rozważania ostrożnego pedagoga

Jarosław Pytlak 30 Maj 2019

Polska edukacja w ocenie przedsiębiorców

Redakcja portalu 24 Maj 2019

Raport o finansowaniu oświaty w Polsce w latach 2004-2018

Redakcja portalu 23 Maj 2019

UNICEF: W Polsce zaledwie 39% dzieci rodziców o niskim statusie zawodowym deklaruje chęć dalszego kształcenia na poziomie wyższym

Redakcja portalu 22 Maj 2019


OSTATNIE KOMENTARZE

Wychowanie w szkole, czyli naprawdę dobra zmiana

~ Staszek(Gość) z: http://www.parental.pl/ 03 Listopad 2016, 13:21

Ku reformie szkół średnich - część I

~ Blanka(Gość) z: http://www.kwadransakademicki.pl/ 03 Listopad 2016, 13:18

"Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie"

~ Gość 03 Listopad 2016, 13:15

"Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie"

~ Gość 03 Listopad 2016, 13:14

Presja rodziców na dzieci - Wykład Margret Rasfeld

03 Listopad 2016, 13:09


Powrót do góry
logo_unii_europejskiej