Imię i nazwisko:
Adres email:

Poleć treść:


„MISTRZ I UCZEŃ” - o motywach, jakimi kierują się ludzie, gdy się uczą

Barbara Kowalewska, 05 Listopad 11 Dodaj komentarz Wyślij Drukuj

Ludzie uczą się czasami z pobudek łatwo przewidywalnych, uzasadnionych  mechanizmem „kary i nagrody”: żeby dostać dobrą ocenę, zdobyć świadectwo, dostać się na studia, zwiększyć szansę na lepszą pracę czy wyższe wynagrodzenie.

Ale są też motywy innego rodzaju, mniej oczywiste, wynikające z relacji, o którą trudno w masowym szkolnictwie, a którą od wieków nazywano relacją „mistrz – uczeń”.

Słowo „magister”, dziś kojarzące się czasem ze zbyt łatwo osiągalnym tytułem, w łacińskim źródłosłowie znaczyło tyle co „nauczyciel, mistrz, przewodnik”. Oznaczało osobę szanowaną i godną posłuchu, która miała prawo mieć swoich uczniów, których prowadziła przez pola ignorancji ku mistrzostwu w wybranej dziedzinie. Dziś rzadko słychać określenia „mój mistrz”. W niektórych dziedzinach takich jak sztuka, muzyka, teatr, gdzie nauczanie często ma postać bardziej zindywidualizowanego kontaktu, można usłyszeć takie określenia. W szkolnictwie tradycyjnym – rzadko. A przecież to, co pamiętamy ze szkoły jako wiedzę niezatartą, pochodzi od nauczycieli, którzy w swoim nauczaniu byli w jakiś sposób niezwykli. 

Rozmawiając w wieku dorosłym z różnymi ludźmi o szkolnych doświadczeniach, z atencją i rozrzewnieniem wspominamy nie tyle nauczycieli, co osobowości. Ciekawe, że nie chodzi tu o grzecznego, milutkiego, słabego człowieka, który ulegał uczniom, ale o typy nieraz trudne, czasem fascynujące, czasem serdeczne, często wymagające, z pewnością nie doskonałe, z licznymi „fiołami”, które może nie uchowałyby się w szkolnictwie w świetle dzisiejszej standaryzacji. Nauczyciele ci mieli jednak „to coś”, co sprawiało, że uczyliśmy się. Przyjrzyjmy się motywom płynącym z koleżeńskich opowieści.

Zacznijmy od przykładu literackiego – Antoniego Libery, który w swojej książce „Madame” czyni wyznanie osobistego zauroczenia nauczycielką francuskiego. Znamienne jest jak opisuje jej pojawienie się: „…niewiasta, która w zasadniczy sposób odbijała od reszty nauczycieli – szarych, zgorzkniałych, nudnych, w najlepszym razie nijakich. […] z miejsca wprowadziła do szkoły ferment, i to różnorakiej natury.” Być może domyślacie się – autor książki zakochał się w niej, a to odcisnęło piętno na jego intelekcie – z pewnością pozytywny. 
Wielu dorosłych dziś mężczyzn przyznaje, że przeżyli na jakimś etapie zauroczenie nauczycielką, co mobilizowało ich do nauki. Kobietom też się to zdarzało, jeśli autorytetem stał się z jakiegoś powodu nauczyciel płci przeciwnej. 

Bywają też inne fascynujące relacje. Sama wspominam z czułością nauczycielkę fortepianu - dystyngowaną starszą panią, która tchnęła życie w moją gasnącą motywację do grania. Pani Profesor, bo tak się wtedy mawiało, nie tylko potrafiła odkrywać przede mną tajniki muzykowania, ale robiła coś znacznie więcej. Była szalenie wymagająca, surowa, ale też jej pochwała warta była więcej niż cokolwiek innego. Kiedy chwaliła, wiedziałam, że coś faktycznie osiągnęłam, że to nie czcze gadanie. Przy swojej surowości, potrafiła też nawiązać nieformalny kontakt, zapraszając mnie na herbatki do swojego maleńkiego mieszkanka, gdzie tłoczyło się to wszystko, czego nie odebrała jej komuna – obrazy na całą ścianę, rzeźbione krzesła i stoliczki, etażerki tłoczące się w kątach i ozdobne biblioteczki z książkami w skórze. Te wizyty stanowiły próbę savoir-vivre’u, były świętem, czyniły mnie „uczniem osobistym”, kimś wyjątkowym, kto nie mógł zawieść. To dla tej relacji potrafiłam ćwiczyć godzinę kilka taktów, by osiągnąć mistrzostwo, jakiego ode mnie oczekiwała. I nie miało to, wierzcie mi, nic wspólnego z „odebranym dzieciństwem”. To było fascynujące uczenie się, pozwalające wiązać wysiłek z efektem i dumą, gdy mistrz mówił: „tak, o to chodziło, to jest muzyka!”

Pamiętam nauczycielkę łaciny, która mawiała, że studiowała w Wilnie z synem Mickiewicza - panią, która przekroczywszy dobrze osiemdziesiątkę, wkraczała do klasy wyprostowana jak struna i prowadziła lekcje jak oficer. Staliśmy na baczność, gdy wchodziła i wychodziła, chórem witając i żegnając ją po łacinie. Trochę nas to śmieszyło, czuliśmy się jak w XIX-wiecznym gimnazjum, ale miało to też swój czar. Wszyscy mieliśmy przed nią respekt. Narzekaliśmy, baliśmy się, ale kiedy nagle zmarła, łzę uronił nawet kolega, który do orłów nie należał i „zimował” jedną klasę. Bo była wyjątkowa. Nauczyła nas, oprócz łaciny jako takiej, patrzeć z ciekawością na słowa, rozwiązywać problemy gramatyczne jak fascynujące zagadki, uczyła też ogłady, kultury i dyscypliny – czegoś, co dziś jest towarem deficytowym. Pamiętam, jak mawiała z humorem, gdy ktoś popełnił błąd: „Nie mów jak barbarzyńca w wojsku rzymskim.” To między innymi jej zawdzięczam wyczulenie na znaczenia słów, często sięgając do niemodnej już dziś łaciny.

Jak to jest dziś ? Znam kilku wspaniałych nauczycieli – mistrzów. Moja córka ma szczęście uczyć się na skrzypcach u takiej motywującej osoby. I dlatego jej się wciąż chce, choć nikt jej nie zmusza. Bywa też jednak inaczej. Studenci skarżą się na przykład na to, że wykładowcy uczelni wyższych „nie chcą dzielić się uczciwie swoją wiedzą”. Biorą więc później swego rodzaju odwet na starszych, „strącając” ich ze stanowisk w młodzieńczym „marszu po trupach”. Starsi z kolei, czując się zagrożeni przez „młode wilki”, zazdrośnie strzegą swojej wiedzy, jak kamienia filozoficznego, bez którego młodzi ich „nie wygryzą”. 

Smutna to walka w perspektywie wielopokoleniowej. Być może dziś ten, któremu dziś poskąpiłeś wiedzy, jutro będzie kiepskim lekarzem, który fatalnie wykona operację na twoim dziecku lub wnuku. I tu dochodzimy do sedna sprawy. Żeby być prawdziwym mistrzem, trzeba mieć poczucie jedności ze światem, w takim sensie, że wszystkie nasze działania są wzajemnie powiązane. Bycie mistrzem to nie pycha i poczucie bycia doskonałym, ale odpowiedzialność za młodszych, za przyszłe pokolenia, za to, co za horyzontem. Może to niemodne, ale gdy marudzimy dziś, dlaczego dzieci tak niechętnie się uczą, może warto spojrzeć nie tylko na metody, standardy, tabele, ilości godzin, ale na samą misję nauczyciela. Bez pasji i poczucia misji, pragnienia, by być dla uczniów przewodnikiem i „opiekunem spolegliwym”, jak mawiał Tadeusz Kotarbiński, nie ma „relacji sprzyjającej uczeniu się”.                           
 

Aktualna ocena

0

Oceń
Podziel się
KOMENTARZE
Aktualnie brak komentarzy. Bądź pierwszy, wyraź swoją opinię

DODAJ KOMENTARZ
Zaloguj się albo Dodaj komentarz jako gość.

Dodaj komentarz:



ZOBACZ TAKŻE
REKLAMA
SPOŁECZNOŚĆ
KATEGORIE
NAJNOWSZE ARTYKUŁY

#UOKiKtestuje - tornistry

Redakcja portalu 23 Sierpień 2021

RPO krytycznie o rządowym projekcie odpowiedzialności karnej dyrektorów szkół i placówek dla dzieci

Redakcja portalu 12 Sierpień 2021

"Moralność pani Dulskiej" Gabrieli Zapolskiej lekturą jubileuszowej, dziesiątej odsłony Narodowego Czytania.

Redakcja portalu 12 Sierpień 2021

Poznaliśmy laureatów I edycji ogólnopolskiego Konkursu "Pasjonująca lekcja religii"

Redakcja portalu 19 Lipiec 2021

Rusza konkurs "Pasjonująca lekcja religii"

Redakcja portalu 10 Maj 2021


OSTATNIE KOMENTARZE

Wychowanie w szkole, czyli naprawdę dobra zmiana

~ Staszek(Gość) z: http://www.parental.pl/ 03 Listopad 2016, 13:21

Ku reformie szkół średnich - część I

~ Blanka(Gość) z: http://www.kwadransakademicki.pl/ 03 Listopad 2016, 13:18

"Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie"

~ Gość 03 Listopad 2016, 13:15

"Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie"

~ Gość 03 Listopad 2016, 13:14

Presja rodziców na dzieci - Wykład Margret Rasfeld

03 Listopad 2016, 13:09


Powrót do góry
logo_unii_europejskiej