Imię i nazwisko:
Adres email:


Niegdysiejsze szkoły. Rozmowa z G. Wdowickim plastykiem z warszawskiej Starówki

We współczesnej polskiej szkole zarówno w podstawowej, jak i w ponadpodstawowych główną bolączką są warunki ekonomiczne, w jakich placówki te muszą wypełniać swe zadania edukacyjne.

- Czy pamięta Pan swój pierwszy kontakt ze szkołą?

- Do szkoły przy ul. Śniadeckich 17, prowadzonej przez Sodalicję Mariańską, katolickie stowarzyszenie związane z jezuitami, pierwszy raz zaprowadził mnie ojciec. To był wrzesień 1930 r. Następne miesiące szkolne wyglądały tak, że z terenu Cytadeli, gdzie wówczas mieszkaliśmy, ojciec ze mną jechał do pracy w Ministerstwie Spraw Wojskowych przy ul. 6 Sierpnia (obecnie Nowowiejska). Ojciec zaczynał pracę o 8 rano, a ja miałem lekcje od 9. Zatem pierwsze zajęcia, zwykle to było rysowanie, miałem z ojcem w biurze MSW, a następnie z woźnym ministerialnym wędrowałem do szkoły przy ul. Śniadeckich. Ze szkoły odbierała mnie matka. Bardzo lubiłem i spacery, i kameralność naszej szkoły. Do dzisiaj przechowuję fotografię - o, tutaj - na której widać ośmiu chłopaków z naszej klasy, pana Jana Płosaja, wychowawcę, oraz pana Radzikowskiego - dyrektora szkoły. Obaj panowie byli zakonnikami, chociaż są ubrani "po cywilnemu"...

- Widzę, że w tym gronie nie ma ani jednej dziewczyny, chociaż niektórzy uczniowie wyglądają jak paziowie. Czy mam rozumieć, że to nie była szkoła koedukacyjna?

- Drogi panie, tam nie było nawet ani jednej nauczycielki! Natomiast wychowawcy świetnie zastępowali nam ojców aż do klas maturalnych. Nasz wychowawca, Jan Płosaj, pomimo swych 30 lat, studiował zaocznie geografię i prowadził niektóre zajęcia z młodszymi klasami. Jednak jego powołaniem było wychowawstwo i zajmował się nami nadzwyczajnie. On nas ubierał w szatni i wiedział o naszych problemach, również rodzinnych, prawie wszystko. Nie było to może tak trudne jak dzisiaj, bo oddziały szkolne były niezbyt liczne: 8 do 16 uczniów.

- Każda szkoła ma swoje plusy i minusy...

- Niewątpliwie minusem był ostry reżym, bo przecież to była szkoła wyznaniowa. Od pierwszej klasy, co dobrze pamiętam, najważniejszym przedmiotem była religia. Delikwent, który dostał dwóję z tego przedmiotu, musiał przez następne miesiące wykazać się zdwojoną sumiennością w nauce i zachowaniu. W zasadzie nie istniała u nas możliwość powtarzania roku i wszyscy wychowawcy byli mocno zainteresowani - również i materialnie - naszym kształceniem oraz dobrym wychowaniem.

- To cały reżym szkoły wyznaniowej?

- Nie. W szkole, na ostatnim piętrze, była kaplica i każdy dzień zaczynaliśmy od mszy lub krótkiej modlitwy przed lekcjami. Również i po lekcjach każda klasa szła do kaplicy na krótką modlitwę. Wychowawcza rola szkoły była wówczas bardzo mocno eksponowana. Nauczycieli różnych przedmiotów, chociaż byli tylko pracownikami na kontraktach, bardzo starannie dobierano, zwykle spośród kadry akademickiej. Przekonałem się o tym dobitnie, gdy na jeden rok trafiłem do zwykłej szkoły powszechnej na Bielanach.

- Czy szkołę wyznaniową łączono z jakąś postawą polityczą?

- Mocno akcentowano patriotyzm o zabarwieniu narodowym. W każdej klasie był krzyż i dwa portrety - po lewej Ignacego Mościckiego, a po prawej Romana Dmowskiego. W szkołach powszechnych - obok prezydenta Mościckiego wisiał Józef Piłsudski. Do dziś pamiętam taki incydent: odwzorowałem z fotografii portret Marszałka i przypiąłem na tablicy z różnymi ogłoszeniami. Szybko znalazł się jakiś kolega, który go zerwał i rzucił na podłogę. Jako wielki wielbiciel "Dziadka", a przy tym syn legionisty, nie mogłem pozwolić na taką profanację. Rzuciłem się do bójki; na to do klasy wszedł nasz wychowawca, zażądał wyjaśnień. Powiedziałem mu, że kolega zerwał portret naczelnika państwa i za to oberwał. Pan Płosaj zachował się znakomicie, gdyż kazał mu podnieść mój rysunek i przypiąć z powrotem na tablicy. Wyjaśnił przy tym wszystkim uczniom, że w tej szkole każdy może mieć swoje poglądy, które należy uszanować. I dodał: - Dmowski jest świetny, ale Piłsudski wcale nie gorszy...

- Kiedy się Pan rozstał ze szkołą na Śniadeckich?

- W 1936 roku cała moja rodzina (ojciec z matką i młodszą ode mnie siostrą) musiała opuścić mieszkanie w Cytadeli i przeprowadzić się na Bielany. Wtedy trafiłem do szkoły powszechnej przy Marymonckiej, naprzeciwko CIF-u, dzisiejszej Akademii Wychowania Fizycznego. Z racji zamieszkiwania przy ulicy Cegłowskiej rodzicom łatwiej było posyłać mnie do tej szkoły niż wozić i odbierać ze Śniadeckich. Szkoła powszechna, a szkoła katolicka, to temat na osobne opowiadanie. Powiem tylko, że na Marymonckiej był tłum, rwetes i brak atmosfery do spokojnej pracy. W naszej klasie tłoczyło się prawie 40 dzieciaków. Miałem dojmujące uczucie stałego niepokoju. Często myślałem: - Co ja tu robię w tym rozgardiaszu?

- Jak Pan ocenia relacje między nauczycielami a uczniami w szkole powszechnej i szkole wyznaniowej?

- Myślę, że dla nauczycieli w szkole powszechnej na Marymonckiej byliśmy tylko anonimową gromadą, którą trzeba było dyscyplinować ciągłym upominaniem; nasza wychowawczyni miała obojętny stosunek do całej klasy... Dlatego najbardziej brakowało mi osobistego kontaktu z wychowawcą, którego doświadczałem w szkole na Śniadeckich.
Na Śniadeckich była atmosfera sprzyjająca pracy mimo znacznego dystansu między uczniem a nauczycielem, który zazwyczaj był pracownikiem etatowym jakiejś uczelni. Niemal namacalnie czuło się duży autorytet zarówno wychowawcy, nauczyciela, jak i każdego pracownika w tej szkole. A obecność dyrektora w klasie była dla nas prawdziwym świętem. Myśmy bardzo się liczyli z każdym zdaniem wypowiedzianym w naszej obecności, z każdym stopniem i każdą naganą. Takich reakcji nie zaobserwowałem w szkole powszechnej na Marymonckiej. Tam liczył się program nauczania, materiał dydaktyczny, ale nie uczniowie...

- Podobno w latach 30. stan nauczycielski był wysoko ceniony?

- Trudno mi powiedzieć, jak to dokładnie wyglądało na tle innych zawodów, ale na pewno nauczyciel wówczas to był ktoś bardzo dobrze opłacany. Na przykład mój ojciec, wcale nie pośledni urzędnik w resorcie wojskowości, zarabiał ponad 500 złotych, czyli pensję miał porównywalną z zarobkami majora w służbie czynnej. Z takiej pensji spokojne bytowanie, acz bez zbędnych szaleństw, miała nasza czteroosobowa rodzina, bo moja matka nie pracowała. Natomiast jeśli chodzi o zarobki dobrego profesora matematyki w naszym gimnazjum, to sięgały one 800 zł. To była poważna kwota, z której można było dużo odłożyć na gorsze lata. Ale w szkołach powszechnych pensje były dużo niższe. Ponadto ojciec jako urzędnik państwowy płacił za mnie tylko połowę czesnego - 40 zł, ale byli w szkole koledzy, których rodzice płacili jeszcze mniej albo wcale!

- I mimo to szkoła nie plajtowała?

- Wręcz przeciwnie! Za moich czasów pobudowano gmach frontowy oddzielający szkolny dziedziniec od ulicy Śniadeckich. Co więcej - szkoła zakupiła autobus, którym uczniowie jeździli na wycieczki do lasu, na zbieranie grzybów, kwiatów - na lekcje biologii w plenerze. Nasz autobus był do użytku przez cały rok.

- Wróćmy do nauczycieli...

- Jednego zapamiętałem szczególnie, nauczyciela gimnastyki, profesora Paruszewskiego, czynnego sportowca i trenera. Myśmy go nazywali "Pa-ruch", bo ostro nas musztrował, a uczył wszystkie klasy od pierwszej elementarnej do klasy maturalnej. Miał on dwie słabości - hokej i koszykówkę, którymi obdarowywał nas przez cały rok. Jego pasja bardzo szybko się nam udzieliła i na wszystkich przerwach graliśmy albo w kosza na boisku szkolnym (jak było sucho), albo w hokeja, jak była wylana ślizgawka. W efekcie nasza szkoła wielokrotnie zdobywała mistrzostwo Polski w rozgrywkach międzyszkolnych w hokeju. Pan Paruszewski to był świetny fachowiec, niezwykle wszechstronny, bo uprawiał jeszcze wyczynowo gimnastykę sportową.

- I tak nastał wrzesień 1939...

- We wrześniu 1939 roku, Niemcy przerwali moją szkolną edukację... Ojciec z racji zatrudnienia w Ministerstwie Spraw Wojskowych wraz z rodziną już w sierpniu 1939 r. został ewakuowany do Lwowa, a potem pod Zaleszczyki. Stamtąd, po kapitulacji Warszawy, wróciliśmy na Mokotów na ulicę Łowicką, gdzie przenieśliśmy się tuż przed wybuchem wojny, a ja wówczas ponownie znalazłem sie w swojej ukochanej szkole na Śniadeckich. W Warszawie było pełno Niemców, także w naszej szkole. Gdy przyszedłem, przed bramę wyszedł dyrektor Radzikowski i powiedział do nas: "Szkoła na razie nie będzie czynna". Dla nas, piętnastolatków, to był cios - tak się skończyła moja edukacja gimnazjalna!
Musiałem nauczyć się żyć w nowej rzeczywistości okupacyjnej. Nadal czułem się dzieckiem, a tu ojciec bez pracy, matka wysprzedaje co tylko da się spieniężyć, a my z siostrą skazani na codzienną wegetację. Gwiazdka i święta Bożego Narodzenia w 1939 r. nie miały już tak radosnego nastroju. Dla nastoletnich warszawiaków nastał czas przyspieszonego dojrzewania obywatelskiego i czas konspirowania. Dla mnie oznaczało to uczęszczanie na komplety tajnego nauczania. Takie było moje życie pod niemiecką okupacją.

- Dziękuję za rozmowę.



Rozmawiał
Bogdan J. Krawczyk

 

Styczeń 2001
REKLAMA
SPOŁECZNOŚĆ
KATEGORIE
NAJNOWSZE ARTYKUŁY

Szkoły niepubliczne skrzywdzone? STO interweniuje w sprawie dotacji

Redakcja portalu 14 Wrzesień 2019

30 lat wolności - zapraszamy na konferencję dla nauczycieli!

Redakcja portalu 13 Wrzesień 2019

HFPC pyta Ministerstwo Edukacji Narodowej o sytuację uczniów z niepełnosprawnościami

Redakcja portalu 07 Wrzesień 2019

Startuje II edycja Konkursu #cojaczytam

Redakcja portalu 06 Wrzesień 2019

Narodowe Czytanie 2019

Redakcja portalu 05 Wrzesień 2019


OSTATNIE KOMENTARZE

Wychowanie w szkole, czyli naprawdę dobra zmiana

~ Staszek(Gość) z: http://www.parental.pl/ 03 Listopad 2016, 13:21

Ku reformie szkół średnich - część I

~ Blanka(Gość) z: http://www.kwadransakademicki.pl/ 03 Listopad 2016, 13:18

"Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie"

~ Gość 03 Listopad 2016, 13:15

"Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie"

~ Gość 03 Listopad 2016, 13:14

Presja rodziców na dzieci - Wykład Margret Rasfeld

03 Listopad 2016, 13:09


Powrót do góry
logo_unii_europejskiej