Imię i nazwisko:
Adres email:


Ambiwalentna polityka wynagradzania nauczycieli

Jednym z mniej nagłaśnianych przez Ministerstwo Edukacji Narodowej celów realizowanej od 1 stycznia 1999 r. reformy systemu edukacji miały być zmiany w zatrudnieniu nauczycieli i wprowadzenie nowych, przejrzystych mechanizmów awansu zawodowego.


Jest rzeczą charakterystyczną, że w dotychczasowych oficjalnych publikacjach rządowych brakuje konkretnych danych ilustrujących uzyskane efekty w sferze lepszego wynagradzania nauczycieli, co miało być przecież jednym z istotnych filarów reformy systemu edukacji. W "Przeglądzie Rządowym" (nr 4 z 2000 r.) wśród wymienionych dotychczasowych zmian w systemie edukacji nie ma chociażby jednej wzmianki o uzyskanym wzroście wynagrodzeń nauczycieli. Brak jest zresztą takiej wzmianki w drugim "dziale" omawianego przeglądu dotychczasowych efektów, a mianowicie w "planowanych działaniach" na lata 2001-2005.

Należy dodać, że w tym samym wydawnictwie rządowym można znaleźć dosyć ogólnikowe stwierdzenie, że zakończyły się prace nad ustawą Karta Nauczyciela, która wprowadza stopnie awansu zawodowego zależne od kwalifikacji, umiejętności i jakości pracy. Zmiana statusu nauczycieli, podniesienie prestiżu i autorytetu tego zawodu oraz wzrost wynagrodzeń to istotny filar reformy systemu edukacji. Środki na wyższe wynagrodzenia nauczycieli zawarte są w subwencjach oświatowych samorządów terytorialnych. Podwyżki uposażenia rozłożone są na trzy kolejne lata. Docelowe wskaźniki zostaną więc osiągnięte w roku 2002.

Tymczasem w praktyce okazało się, że nie może być mowy o jednolitym, w odczuciu większości nauczycieli "sprawiedliwym" systemie wynagradzania w skali całego kraju. Ponadto wiosną 2000 roku wybuchł skandal związany z wadliwym obliczeniem przez MEN wielkości wspomnianych subwencji oświatowych. Spór o te subwencje między samorządami a ministrem M. Handkem trwał zresztą kilka miesięcy. Minister dosyć długo twierdził, że pieniądze na wynikające z Karty podwyżki zostały wkalkulowane do subwencji na 2000 rok, a przedstawiciele samorządów alarmowali, że ich nie mają (w skali kraju niedobory oceniano na ok. 2 mld zł). W lipcu 2000 r. minister M. Handke przyznał, że to ministerstwo pomyliło się w rachunkach, ocenił brakującą kwotę na 800 mln zł i podał się do dymisji. Spory wokół pytania, ile pieniędzy potrzeba na realizację podwyżek, trwały do 20 września ub. r., kiedy Komisja Wspólna Rządu i Samorządu Terytorialnego zgodnie "przyjęła do wiadomości" kwotę 1,96 mld zł.

Należy przypomnieć, że dotychczas zasadnicza pensja nauczyciela zależała od wykształcenia i stażu pracy. MEN przed laty opracował specjalną tabelę, do której co jakiś czas wprowadzano tylko kosmetyczne zmiany. Do pensji doliczało się dodatek za wysługę lat i tak zwany dodatek motywacyjny od gminy, zależny od jej zasobności. Od tej powiększonej sumy wyliczano stawkę za nadgodziny. Nauczyciele otrzymywali także dodatek funkcyjny i oprócz wynagrodzenia za godziny ponadwymiarowe także wynagrodzenie za doraźne zastępstwa.

Po wejściu w życie 6 kwietnia 2000 r. znowelizowanej Karty Nauczyciela w nowym systemie wynagradzania nie uwzględnia się już w płacy zasadniczej, stażu pracy tylko kwalifikacje i stopnie awansu zawodowego (stażysta, mianowany, dyplomowany). Każdy nauczyciel, który ma pełne kwalifikacje i mianowanie, niezależnie od tego, jak długo pracuje, zarabia tyle samo - 1401 złotych (brutto) pensji zasadniczej. Spadły za to drastycznie dodatki motywacyjne.

Gminy obciążone koniecznością podniesienia płac zasadniczych sprowadziły je do kwot symbolicznych. Przykładowo najmniejszy dodatek motywacyjny przyznał powiat Opole Lubelskie - 5 złotych na etat, władze lokalne w biednej Iławie i bogatym Poznaniu ustaliły wysokość tego dodatku na 10 zł, w Elblągu na 50 zł, a w Olsztynie na 90 zł. W wielu innych miastach i gminach miejscowe władze ustaliły wysokość tego dodatku w przedziale od 0,5 do 5, 10 i czasami nawet 20% pensji zasadniczej. Nie trzeba szerzej wyjaśniać, jakie różnice mogą wystąpić w wynagrodzeniach nauczycieli, którzy w jednym miejscu Polski otrzymują dodatek motywacyjny w wysokości zaledwie 0,5% swojej pensji zasadniczej, a w innym przypadku 20% przy tym samym wykształceniu, kwalifikacjach i stanowisku (nauczyciela stażysty, kontraktowego czy mianowanego).

Władze naszego państwa doskonale zdawały sobie sprawę z tego, że przyjęcie systemu wynagrodzeń, w ramach którego budżet państwa pokrywa 75% wynagrodzenia, a resztę są zobowiązane uzupełnić samorządy, doprowadzi bardzo szybko do zróżnicowania wynagrodzeń nauczycieli. W końcu w każdym kraju istnieją regiony i gminy bogatsze i biedniejsze. U nas dodatkowo funkcjonują liczne  gminy, które nie otrzymują z budżetu centralnego wystarczającej ilości środków na pokrycie najbardziej podstawowych wydatków, także na edukację.

Co więcej, władze, forsując uchwalenie nowej Karty Nauczyciela, zdawały (chyba?) sobie sprawę również i z tego, że ofiarami nowego systemu wynagrodzeń staną się i rzeczywiście się stali przede wszystkim nauczyciele o długim stażu i dużym dorobku zawodowym, mierzonym liczbą olimpijczyków, absolwentów na studiach, publikacji, pracą społeczną w środowisku itp. Dotychczas otrzymywali oni dodatki motywacyjne sięgające nawet pułapu 50% płacy zasadniczej, teraz zarabiają tyle samo co ich młodzi, pracujący od kilku lat koledzy. Obecnie jedni i drudzy (ci drudzy po przepracowaniu trzech lat w szkole) zostali wg nowej Karty Nauczyciela "zrównani" stopniem nauczyciela mianowanego.

Jeżeli założymy, że pewna część nauczycieli z ponad 30-letnim stażem i dużymi osiągnięciami w dotychczasowej pracy przejdzie wkrótce na emeryturę, to przyznanie im bardzo mizernych podwyżek wynagrodzeń "zaowocuje" dosyć sporymi oszczędnościami w budżecie. Czy o to więc chodziło autorom dosyć ambiwalentnej polityki wynagradzania nauczycieli, aby po - jak twierdzi MEN - "najwyższej od 50 lat podwyżce" nauczyciele zarabiali "więcej, czyli mniej"? Jest to dosyć przewrotna polityka "wyższego" wynagradzania nauczycieli i niestety jak do tej pory dosyć skuteczna.

Warto jeszcze raz skonfrontować ze sobą "oficjalne" ustalenia przedstawicieli rządu z realiami pracy nauczycieli. Otóż we wspomnianym "Przeglądzie Rządowym" napisano czarno na białym, że Karta Nauczyciela wprowadza również nowy, znacznie korzystniejszy dla nauczycieli system rozliczania godzin ponadwymiarowych. Ma to spore znaczenie, bo pozwala na wyższe zarobki za dodatkową pracę. Istotnym elementem zmiany jest również zwiększenie wpływu samorządów terytorialnych, jako organów prowadzących szkoły, na kształtowanie systemu dodatków.

Tymczasem w praktyce nauczyciel otrzyma za zastępstwo "swoją" stawkę godzinową, jeśli zastąpi nauczyciela tej samej specjalizacji. W innym przypadku otrzyma połowę tej stawki. Ponadto w wielu szkołach za godziny ponadwymiarowe, o które teraz zresztą coraz trudniej, nauczyciele otrzymują niewiele ponad połowę sumy, jaką otrzymują za godziny w ramach etatu. Nie otrzymują też w ogóle wynagrodzenia za sprawdzanie prac, co szczególnie "uderzyło" w polonistów. Można tu jeszcze dodać, że nowe regulacje płacowe bardzo dyskryminują nauczycieli szkół artystycznych, a także nauczycieli plastyki pracujących zwykle na pół etatu, jak również nauczycieli przedmiotów zawodowych. Trzeba tu jeszcze wymienić dyrektorów szkół, którzy radzą sobie, jak mogą. Do niedawna otrzymywali oni dodatek motywacyjny bezpośrednio od władz gminy lub miasta. Obecnie muszą jakoś "wygospodarować" ten dodatek dla siebie z puli pieniędzy przeznaczonych dla nauczycieli danej placówki.

Nasuwa się więc pytanie: Kto najbardziej skorzystał na nowym systemie wynagradzania nauczycieli? Na pewno ci, którzy mają do 10 lat pracy. Najsłabiej  wzrosły pensje nauczycieli z najdłuższym stażem. W ogóle nie dostali podwyżki nauczyciele bez pełnych kwalifikacji. Nauczyciele z absolutorium, ale bez dyplomu wyższej uczelni, w dawnej tabeli mieścili się wysoko, w rubryce "wyższe zawodowe". Teraz spadli na samo dno. Teoretycznie ich pensje nie tylko nie powinny wzrosnąć, ale nawet spaść, co - na szczęście - jest niemożliwe, bo nowa Karta gwarantuje im dodatek wyrównawczy. Zostają więc przy swoim starym uposażeniu.

Jest rzeczą zadziwiającą, że w odróżnieniu od większości nauczycieli, nie tyle większość, ile znaczna część kuratorów ocenia pozytywnie nowy system wynagradzania. Przykładem może być wypowiedź Jerzego Lachowskiego, kuratora małopolskiego, który stwierdził, że w nowym, sensownie skonstruowanym systemie to logiczne, że nie zyskują osoby bez  odpowiedniego przygotowania, ale nauczyciele z pełnymi kwalifikacjami i długim stażem też powinni odczuć wyraźną poprawę, a tak się nie dzieje. Dla nich właśnie powinno się pojawić specjalne, przejściowe rozwiązanie prawne, bo w tym miejscu łamie się filozofia całego systemu: premiujemy najlepszych.

Tymczasem obowiązujący system wynagrodzeń, także w szkolnictwie wyższym, wcale nie premiuje najlepszych nauczycieli. Jakich więc premiuje? Najbardziej przedsiębiorczych, czyli takich, którzy nie oglądając  się  na  władze  centralne  i  samorządowe,  potrafią  sami  "wziąć sprawę swoich dochodów w swoje ręce". W końcu nauczyciele dysponują zasobem, który jest wprost nieoceniony, czyli czasem. Jak skrupulatnie wyliczyli niektórzy publicyści obserwujący z wyraźną niechęcią liczne protesty nauczycieli zrzeszonych w ZNP, tygodniowe pensum nauczyciela wynosi tylko 18 godzin lekcyjnych, czyli 45-minutowych. Teoretycznie przez resztę 40-godzinowego "polskiego" tygodnia pracy nauczyciel powinien być do dyspozycji dyrektora szkoły. W praktyce rzecz jasna nie jest i ma wolny czas "do zagospodarowania". Cztery tygodnie razy 18 godzin równa się 72 godziny pracy miesięcznie. Piszącemu te słowa zdarza się efektywnie przepracować czasami tygodniowo ponad 70 godzin!

Według niektórych wyliczeń nauczyciele mają roczny limit 10 miesięcy pracy, ale tylko od 720 do 800 godzin w ciągu roku. Jest to więc obciążenie dwukrotnie mniejsze od pracowników innych działów gospodarki. Niektórzy więc mówią wprost: nauczyciele zarabiają mało, bo pracują mało. Podają przy tym, że w przeliczeniu na jedną godzinę pracy nauczyciel zarabia około 12 złotych, a posiadający przecież porównywalne kwalifikacje lekarz tylko około 6 złotych!

Na marginesie tej uwagi należy dodać, że według niektórych szacunków przeciętne wynagrodzenie brutto w edukacji wynosiło w pierwszych trzech kwartałach 2000 roku 1700 zł, co stanowi 90% średniej pensji krajowej. W 1999 r. średnia pensja nauczycielska wynosiła 1531 zł, czyli 89,7% przeciętnego wynagrodzenia w gospodarce narodowej. Należy też dodać, że zgodnie z postanowieniami zawartymi w Karcie Nauczyciela, w której zresztą w połowie grudnia 2000 r. Sejm przegłosował pewne zmiany, wynagrodzenie nauczyciela ma stanowić 75% pełnego średniego wynagrodzenia w kraju.

Z powyższych szacunków wynika, że osiągnęło już ono poziom 90% średniej pensji krajowej. Faktem jest, że we wszystkich krajach wynagrodzenia nauczycieli w szkolnictwie finansowanym z budżetu nie przekraczają płacy krajowej. A w Polsce pensje są jeszcze kilkakrotnie niższe niż np. w Niemczech czy innych krajach zachodnich. Dlatego niektóre wyliczenia planowanych podwyżek wynagrodzeń naszych nauczycieli dokonywane przez byłego ministra M. Handkego w dolarach wywołały iluzję szybkiego dogonienia przynajmniej przez nauczycieli poziomu płac uzyskiwanych przez ich kolegów w krajach zachodnich.

Wydaje się, że rozczarowanie naszych nauczycieli bierze się stąd, że w ogóle wspomniany minister (i nie tylko on) za dużo im naobiecywał, a potem z powodu "szkolnych błędów matematycznych" w ustawie budżetowej okazało się, że na podwyżki dla nauczycieli zabrakło 1,3 mld złotych. Tak więc przyczyną dosyć ambiwalentnej polityki wynagradzania nauczycieli jest po prostu niemożność spełnienia obietnic podwyższenia w odczuwalnym stopniu uposażeń wszystkich nauczycieli, których jest w Polsce około 850 tysięcy, czyli za dużo w porównaniu ze zmniejszającą się z każdym rokiem liczbą uczniów. Gdyby więc w 2001 r. chciano podwyższyć każdemu nauczycielowi pensję o 500 złotych, to trzeba by na ten cel wydać 10 miliardów złotych. Tymczasem nasz budżet może tylko udźwignąć bardzo niewielkie podwyżki, na które łącznie przeznaczono około 2 miliardów złotych.

Reasumując, należy podkreślić, że nie można wprowadzić w życie w obecnych realiach, w których szkolnictwo należy do sfery budżetowej (z wyjątkiem niewielu jeszcze prywatnych szkół podstawowych i średnich i już bardzo wielu, bo ponad 180 prywatnych szkół wyższych), "dobrego" systemu zarządzania szkołami, który zapewniałby wyższy poziom i efektywność kształcenia i także wyższe zarobki nauczycielom. Niektórzy nauczyciele zdają sobie z tego sprawę i albo poszukują dla siebie możliwości pracy w innym, wyżej płatnym zawodzie, albo też kończą 3-letnie kolegia języków obcych i oprócz swojego podstawowego przedmiotu uczą, najczęściej w szkołach prywatnych lub w ramach prywatnych korepetycji, języków obcych, maszynopisania komputerowego czy innych poszukiwanych na rynku pracy umiejętności. Na szczęście bowiem twórcy reformy systemu edukacji w naszym kraju pozostawili nauczycielom jeden z najcenniejszych zasobów, jakim jest czas.



Adam Gwiazda
Gdańsk
 

Październik 2001
REKLAMA
SPOŁECZNOŚĆ
KATEGORIE
NAJNOWSZE ARTYKUŁY

Szkoły niepubliczne skrzywdzone? STO interweniuje w sprawie dotacji

Redakcja portalu 14 Wrzesień 2019

30 lat wolności - zapraszamy na konferencję dla nauczycieli!

Redakcja portalu 13 Wrzesień 2019

HFPC pyta Ministerstwo Edukacji Narodowej o sytuację uczniów z niepełnosprawnościami

Redakcja portalu 07 Wrzesień 2019

Startuje II edycja Konkursu #cojaczytam

Redakcja portalu 06 Wrzesień 2019

Narodowe Czytanie 2019

Redakcja portalu 05 Wrzesień 2019


OSTATNIE KOMENTARZE

Wychowanie w szkole, czyli naprawdę dobra zmiana

~ Staszek(Gość) z: http://www.parental.pl/ 03 Listopad 2016, 13:21

Ku reformie szkół średnich - część I

~ Blanka(Gość) z: http://www.kwadransakademicki.pl/ 03 Listopad 2016, 13:18

"Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie"

~ Gość 03 Listopad 2016, 13:15

"Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie"

~ Gość 03 Listopad 2016, 13:14

Presja rodziców na dzieci - Wykład Margret Rasfeld

03 Listopad 2016, 13:09


Powrót do góry
logo_unii_europejskiej