Trudne początki...
Reforma programowa objęła trzy grupy dzieci: klasy I i IV szkoły podstawowej i klasę I gimnazjum. Zreformowana szkoła ma być lepsza, przyjazna dziecku, dobrze wyposażona, pracująca według nowoczesnych projektów i zasad; pozostali uczą się po staremu.
Nowe w szkole zaistniało 1 września 1999 roku. Dotyczy to przede wszystkim uczniów klasy I i IV szkoły podstawowej i klasy I gimnazjum. Są tam nowe programy, nowe podręczniki, czasem nowe sposoby pracy, inna niż dotąd organizacja zajęć. I tylko dobra wola i nauczycielski zapał decydują o tym, czy cokolwiek zmieniło się dla nich np. w sposobach pracy na lekcji i doborze środków dydaktycznych.
Ta nowa szkoła ma posiadać zasobną bibliotekę, pracownie z prawdziwego zdarzenia, sale telewizyjne, stołówki, świetlice, sale gimnastyczne, pływalnię, a nawet korty tenisowe. W osobnych skrzydłach mają się uczyć maluchy, w osobnych uczniowie gimnazjum. Nauczyciel nie idzie na lekcje z plecakiem pełnym pomocy dydaktycznych ze swoich prywatnych zbiorów, a jego dyrektor może spokojnie planować doskonalenie nauczycieli oraz podnoszenie jakości pracy placówki, bo nie musi się martwić, gdzie zmieścić kolejne klasy w pękającym w szwach budynku.
Wierzę, że istnieje wiele takich szkół marzeń i wiem, że to, czym mogą wzbudzać dziś zazdrość niejednego nauczyciela, zawdzięczają w dużym stopniu własnej ofiarnej pracy - w równym stopniu wysiłkowi nauczycieli, dyrektora, rodziców, jak i gospodarności i przedsiębiorczości władz lokalnych.
Pierwszy rok reformy upłynął pod znakiem szkoleń, borykania się z zawiłościami nowej dokumentacji; był to też czas niepokoju o to, czy w przyszłym roku będzie się jeszcze miało etat. Już dziś wiadomo, że część małych szkół ulegnie z dniem 1 IX 2000 r. likwidacji albo obniży się ich stopień organizacyjny. W wyniku tego 2-3 osoby z każdej z nich nie będą miały pracy. Tylko niektórzy zmieszczą się w tych nieco większych placówkach, do których przejdą dzieci. Oszczędności spowodowane likwidowaniem małych, "nieopłacalnych" dla gmin szkół pociągają za sobą tworzenie sztucznych obwodów szkolnych, pozwalających utrzymać inne, większe nieco placówki, co powoduje niekiedy, że dzieci omijają jedną szkołę i jadą 3-4 kilometry dalej, gdzie są przypisane.
Bardzo trudno w podobnych sytuacjach godzić zdrowy rozsądek z tradycją czy potrzebami i wygodą ludzi, których sprawa dotyczy. A jest to konieczne i ktoś musi być tym złym, który wbrew wszystkiemu szuka optymalnych rozwiązań i wcale nie może zagwarantować, że takie właśnie są. W obecnej sytuacji nie da się przecież tej optymalności nijak wykazać. Bo jak, jeśli dziecko z małej, źle wyposażonej szkoły trafia wprawdzie do większej, ale równie słabo wyposażonej, czasem dzielonej z gimnazjum zaczynającym wszystko od zera (pomoce dzielone z podstawówką, lektury i sprzęt sportowy też, telewizor i wideo tym bardziej itd. itd.). Wystrój sal lekcyjnych, aranżacja przestrzeni również nie wróżą nic nowego i lepszego, a lekcje są jak dotąd tylko z innymi podręcznikami. Na dodatek czas pobytu ucznia w szkole znacznie się wydłużył.
Wyraźną aktywność daje się zauważyć na polu doskonalenia. Szło ono w bieżącym roku szkolnym kilkoma torami. Szkoliły się rady pedagogiczne w zakresie podstawowych spraw związanych z reformą (i to uważam za spóźnione co najmniej o rok). Szkolili się nauczyciele na warsztatach i kursach w zakresie nowości w obrębie wybranego programu, przedmiotu. Zdobywali i poszerzali wiedzę z zakresu zarządzania dyrektorzy szkół.
W mijającym roku rozpoczął się ponadto prawdziwy pęd, który utrzyma się chyba przez kilka najbliższych lat, ku zdobyciu dodatkowych kwalifikacji i uprawnień - wywołany groźbą utraty etatu. Dzieje się to z reguły na rocznych i dwuletnich studiach podyplomowych i jest dość absorbujące czasowo. Z jednej strony, należy uznać nauczycielskie studiowanie za zjawisko wysoce pozytywne, z drugiej za przeszkadzające poniekąd w pracy - absorbuje, odrywa od spraw codziennych szkoły, przy czym nabywane umiejętności nijak się czasem mają do tego, co nauczyciel robi. Bywa też, że program studium nie nadąża za zmianami, które się dokonują w pedagogice, dydaktykach, i metodykach szczegółowych.
W tej sytuacji wymierna korzyść to uzyskanie świadectwa, z którym niekoniecznie muszą iść w parze podwyższone konkretne umiejętności przydatne w codziennej pracy z uczniem. Nie wiem, czy ktoś jest w tej chwili w stanie poddać kontroli całą ofertę doskonalenia adresowaną do zaniepokojonych o swój zawodowy byt nauczycieli - nie zawsze doinformowanych na tyle, by krytycznie spojrzeć na wybieraną formę. Z całą pewnością ma tu, jak sądzę, pole do popisu ministerstwo, bo tam się przeróżne programy zatwierdza. Jeśli już nawet przyjąć, że każdy może szkolić, to niech nie każdy wydaje dyplomy i świadectwa. W moich oczach pomalutku ranga studiów zaczyna się dewaluować, jak zdewaluowała się matura.
Zaproponowany cykl awansu zawodowego nauczycieli będzie wzmagał dodatkowo podejmowanie studiów podyplomowych przez osoby z bogatym dorobkiem i znacznymi umiejętnościami czasami tylko z tego względu, że otworzy możliwość znalezienia się w kategorii nauczyciel dyplomowany. I dobrze, bo wiedza zawsze w cenie. Moje obawy budzi jednak fakt, czy cała nauczycielska energia nie skupi się na pokonywaniu kolejnych etapów awansu zawodowego. Już obecnie ten właśnie fakt zaczyna być motorem numer 1 podjęcia doskonalenia, nawet w przypadku osób, które ze względu na niewielki staż jeszcze nie zdążyły wypracować nic znaczącego.
Ukończenie dziś studiów podyplomowych nie stanowi większego problemu (poza finansowym oczywiście). Zdobycie I i II stopnia specjalizacji wymagało ukończenia rocznego kursu na każdy z nich (120 godzin; potem ok. 100 godzin), odbycia egzaminu praktycznego na każdy z nich, udokumentowania dorobku na każdy z nich osobno i zdaniu egzaminu teoretycznego (z odniesienia teorii do własnej praktyki) na każdy z nich (w przypadku polonisty były to trzy odrębne dziedziny: psychologia, literatura i językoznawstwo). Do tego dochodziły wielomiesięczne oczekiwania wypełnione samokształceniem; w sumie około 4 lat. I nie dla dodatku ludzie to robili, bo do dziś jest groszowy.
Czy reformując drogę awansu zawodowego nauczycieli nikt tego nie zauważył? Większość tych ludzi z "dwójką" pomaga aktualnie wdrażać reformę, szkoli słabiej przygotowanych, pomaga czytać i wybierać programy, tworzy materiały pomocnicze dla nauczycieli; mało tego, we własnych klasach idee reformy zaczęła wprowadzać kilka lat wcześniej. Wierzę, że wdrażanie przez nich reformy nie ograniczyło się do wymiany programów i podręczników z zachowaniem starego myślenia o szkole.
Staram się zawsze pozytywnie i optymistycznie rozmawiać z nauczycielami, ale ostatnimi czasy zaczyna mi brakować pozytywnej argumentacji. Czy będziemy zmuszeni myśleć i rozmawiać tylko w czarnych kapeluszach E. de Bono? Jeśli tak, to nie wróżę polskiej szkole nic dobrego.
Grażyna Jańczyk
Poddębice
Warszawska Liga Debatancka dla Szkół Podstawowych - trwa przyjmowanie zgłoszeń do kolejnej edycji
Redakcja portalu 29 Czerwiec 2022
Trwa II. edycja konkursu "Pasjonująca lekcja religii"
Redakcja portalu 29 Czerwiec 2022
Redakcja portalu 23 Sierpień 2021
Redakcja portalu 12 Sierpień 2021
RPO krytycznie o rządowym projekcie odpowiedzialności karnej dyrektorów szkół i placówek dla dzieci
Redakcja portalu 12 Sierpień 2021
Wychowanie w szkole, czyli naprawdę dobra zmiana
~ Staszek(Gość) z: http://www.parental.pl/ 03 Listopad 2016, 13:21
Ku reformie szkół średnich - część I
~ Blanka(Gość) z: http://www.kwadransakademicki.pl/ 03 Listopad 2016, 13:18
"Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie"
~ Gość 03 Listopad 2016, 13:15
"Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie"
~ Gość 03 Listopad 2016, 13:14