Imię i nazwisko:
Adres email:


Wspomnienia nie całkiem pedagogiczne



W mojej rodzinie w każdym pokoleniu był i jest nauczyciel. I to nie z powołania czy zamiłowania - raczej z przypadku albo konieczności. Uświadomiłem to sobie właśnie dziś, gdy ja sam, młody belfer, chcąc nie chcąc, wpisałem się w tę tradycję. To, co wyszperałem z pamięci w nadziei znalezienia wzorów i recept na "bycie nauczycielem", okazało się, tak naprawdę, pouczeniem, jak w tym zawodzie można się adaptować. Są to właściwie wspomnienia - jak nauczycielem się bywa… a może - jak się nim przez całe życie jest…? Ale zacznijmy od początku.


Moja prababcia Marianna Bilewiczowa mieszkała na kresach, w Berezie Kartuskiej. W czasie pierwszej wojny, wraz z sześciorgiem dzieci, znalazła się w rewolucyjnej Rosji. Podczas kiedy inne tzw. bieżenki próbowały przeżyć z zapomóg albo ze sprzedaży tego, co jeszcze posiadały, Prababcia postąpiła odwrotnie. Wystrojona w futro, w kapeluszu z piórami i w wynajętej za ostatnie pieniądze dorożce, kazała się zawieźć do Otdiełu Narodnowo Obrazowanija, czyli do Wydziału Oświaty. Dlaczego akurat tam? Na to pytanie nikt już nie odpowie. Zdumionemu jej wyglądem i pewnością siebie naczelnikowi oświadczyła, że jest uciekinierką, cudzoziemką, znalazła się w Jelcu z dziećmi uciekając przed frontem i potrzebuje pomocy. - Jeżeli prawdą jest to, co wypisujecie w odezwach i mówicie na wiecach, a waszym celem jest sprawiedliwość, to powinniście mi pomóc, dać pracę, żebym mogła wyżywić swoje dzieci. - Zapytano ją, czy potrafi prowadzić "bohodzielnię". - Oczywiście - powiedziała -chociaż nie wiedziała, co to jest. "To" okazało się domem starców.

Po pewnym czasie została kierowniczką domu dla "biezprizornych", gdzie zgromadzono bezdomne, często zdeprawowane dzieci. Czy w tym przypadku można mówić o adaptacji młodego nauczyciela do zawodu? Ależ tak! Moja Prababcia została nauczycielką, wprawdzie nie tak znowu młodą - miała wtedy około czterdziestu lat - ale nauczycielką bez żadnego pedagogicznego przygotowania, oprócz doświadczeń zdobytych w trakcie wychowywania własnych dzieci. Poradziła sobie świetnie! Zapewniła środki utrzymania i przeżycia nie tylko sobie i swoim dzieciom, ale uratowała od niechybnej zguby kilka osób z rosyjskiej inteligencji, zatrudniając je w charakterze nauczycieli. Często byli to "biali", dla których praca w domu dziecka była ratunkiem. Ale ktoś doniósł, że przechowuje… wrogów rewolucji. Została wezwana do NKWD. Przesłuchujący ją komisarz powiedział: - Rewolucja dała wam i waszym dzieciom chleb i pracę, a wy tak się odwdzięczacie? Przechowujecie wrogów rewolucji, białą burżuazję!

Opowiadając o tym zapewniała, że odpowiedź przyszła jej do głowy w natchnieniu. Zapytała: - Czy wy, komisarzu, i wasi przyjaciele, znacie obce języki, umiecie grać na fortepianie, czy potraficie uczyć matematyki? A mówicie, że chcecie dogonić i przegonić świat. Bez nauki nie zdołacie tego zrobić! Wasze dzieci muszą być wykształcone! Oczywiście, że trzeba wybić burżujów, ale niech oni najpierw na coś się przydadzą. Niech służą rewolucji! Niech przekażą swoją wiedzę waszym dzieciom!

Musiała być dobrym organizatorem i pedagogiem, skoro namawiano ją, żeby została, nie wracała do Polski. Argumenty były takie: - Tu już życie się organizuje, a w waszej Polsce będziecie musieli wszystko przeżyć od nowa.

Sprawdziło się to po latach. Mimo zdobytej pozycji i uznania dla jej pracy, Prababcia nie chciała zostać w sowieckiej Rosji. Czuła się Polką, chciała wychować dzieci na Polaków. Zawsze przywiązywała wielką wagę do poprawnej polszczyzny.

W swoim czasie - wspomina jej wnuczka, moja Ciotka - sama buntowałam się przeciwko jej surowym wymaganiom wobec czystości języka. Służące w domu babci to były Białorusinki lub Ukrainki. Mówiły własnym językiem, który wpadał w ucho. Wieczorami na ganku śpiewały ukraińskie dumki albo pieśni weselne. Pięknie śpiewały. Im było wolno. Ale nie moim ciotkom lub wujom. A już na pewno nie mnie. Słówko wtrącone w języku białoruskim od razu wywoływało surowe kary. W specjalnym zeszyciku pisałam pięćdziesiąt razy po polsku to słowo, które nieopatrznie powiedziałam po białorusku lub ukraińsku. Muszę przyznać, że babcia sama często cytowała rosyjskie przysłowia. Widocznie jej było wolno.


Kiedy Marianna Bilewiczowa z sześciorgiem dzieci wróciła z bolszewickiej Rosji do Polski, ojczyzna przywitała ją niezbyt serdecznie. Była osobą podejrzaną. Zbyt długo tam przebywała i zbyt dobrze jej się tam powodziło. W Polsce zastała dom w ruinie, władza nałożyła na nią duże podatki. Pieniędzy nie było, a synów trzeba było kształcić. Jej najstarsza córka, Józefa, nazywana w rodzinie Ziunią - moja cioteczna babka - skończyła gimnazjum z odznaczeniem i prawem wstępu na uniwersytet bez egzaminu. Mówiła mi, że chciała być lekarzem. Los zrządził inaczej. Swoją pierwszą w życiu pracę rozpoczęła w domu dziecka, którym kierowała jej matka. Sama była wtedy jeszcze dzieckiem. Niska, drobniutka, nie wyglądała na swoje lata: Taka zresztą pozostała i taką ją pamiętam. Opowiadała, że była zaskoczona tym, że dzieci jej słuchały. Twierdziła, że swoją funkcję wychowawczyni mogła pełnić jedynie dlatego, że stała za nią jej despotyczna, władcza i budząca szacunek matka.

Podobno moja Prababcia zawsze i w każdym wzbudzała szacunek. Nawet posłuszeństwo potrafiła wymusić na każdym. Ziunia, jaką pamiętam, nigdy nie budziła grozy, nie żądała szacunku. Myślę, że nie musiała również podpierać się autorytetem matki. Po prostu była prawdziwą nauczycielką. Gdyby życie potoczyło się inaczej, byłaby dobra w każdym zawodzie. Zarówno w takim, który wybrałaby świadomie, jak i w takim, który narzuciłby jej los.

Po powrocie do Polski Ziunia musiała iść do pracy. Nawet marzyć nie mogła o studiach. Zgłosiła się do kuratorium, chcąc podjąć pracę jako nauczycielka. Pracowała już przecież jako wychowawczyni w domu dziecka. Jednak po kilku latach posługiwania się językiem rosyjskim mówiła z nalotem obcego akcentu. Inspektor szkolny słysząc zaśpiew mojej Ciotki podobno oświadczył: - Ja pani polskiej dziatwy powierzyć nie mogę! Mimo tego rodzina znalazła odpowiednią protekcję i Ziunia została nauczycielką w Butejkach koło Równego. Uczyła ukraińskie dzieci. Jaką była nauczycielką, świadczyć mogą listy, które otrzymywała już po wojnie, jako staruszka. Jeden z tych listów zaczynał się od słów: "Ukochana moja pierwsza Nauczycielko". Dalszy ciąg był już pisany po ukraińsku. W dole podpis: Iwan Kołdun. Był jednym z jej uczniów.

Moja Ciotka dokształcała się stale, nie tylko na kursach pedagogicznych. Dużo czytała. Miała zupełnie zminimalizowane potrzeby, jednak książek kupowała sporo. Do dziś jeszcze w naszym domu stoją na półkach Jej książki, przywiezione zza Buga: Pogadanki o życiu i rozwoju ludzi przedhistorycznych, czyli o tem, jak ludzkość ze stanu dzikości doszła do dzisiejszego ukształcenia pióra Felicji Popławskiej, książka Antoniego Puławskiego O księdzu Boduenie opiekunie dzieci opuszczonych, pisma Sławomira Czerwińskiego O nowy ideał wychowawczy. Podręcznik ćwiczeń cielesnych dla nauczyciela szkoły powszechnej. Ćwiczę i wychowuję Mariana Krawczyka oraz Jak wykonać przybory do ćwiczeń cielesnych w szkole powszechnej Franciszka Krawczykowskiego. Niektóre z nich mają stemple Powiatowej Biblioteki Nauczycielskiej w Łunińcu (gdzie Józefa Bilewicz w czasie wojny uczyła w szkole powszechnej i prowadziła tajne grupowe nauczanie) i tamtejszego Koła Polskiej Macierzy Szkolnej. Książki te zostały pozbierane z ulicy, gdy sowieccy żołnierze zajęli miasto.


W pierwszych latach swojej pracy nauczycielskiej, jak sama opowiadała, Ziunia zabrała swoje dzieci szkolne do Równego, gdzie odbywały się uroczystości z okazji święta 3 Maja. Poleciła dzieciom, żeby wystroiły się w świąteczne stroje. Kiedy po latach opowiadała mi o tym, uśmiechała się z satysfakcją opisując, jak to jej Handzie i Hryćki, bajecznie kolorowi, zaćmili wszystkich urodą swoich ukraińskich strojów. Za to przedstawienie wezwana została na dywanik do kuratorium.

Często była wzywana na dywanik. Nie mieściła się w szablonie żadnej władzy. Ani przedwojennej, ani tej powojennej, socjalistycznej. Gdyby spełniły się Jej młodzieńcze zamiary, na pewno byłaby znakomitym lekarzem. Jestem przekonany, że uczyłaby tego, co sama potrafiła. Może w tym właśnie tkwi sekret pedagogiczny, że trzeba chcieć się dzielić tym, co się umie. Przestała być nauczycielką za przyczyną swojej ukochanej siostrzenicy.

- Po śmierci mojej matki - wspomina Maria Towiańska* - kiedy miałam cztery lata, Ona była moją prawną opiekunką, a ja w 1952 roku wyszłam za mąż za więźnia politycznego. W tym czasie obydwie byłyśmy nauczycielkami. Ja w Liceum Rolniczym w Słupsku, Ona w Łosinie koło Słupska, w szkole podstawowej. Przestała być nauczycielką po trzydziestu pięciu latach pracy. Nigdy nie robiła mi wyrzutów, chociaż wiem, że bardzo to przeżyła. Zaczęła pracować w biurze PKP. Obliczała zarobki sprzątaczek wagonów. Żartowała, że może to i dobrze się złożyło, ma bezpłatne bilety kolejowe, może podróżować, a nigdy dotąd nie starczało jej pieniędzy na podróże.

W tym samym czasie, gdy moja Ciocia przestała być nauczycielką, ja również zostałam wyrzucona ze szkolnictwa. Pismo wypowiadające mi pracę zaczynało się od słów: "Polska Ludowa zapewniła obywatelce uzyskanie wyższego wykształcenia. Ponieważ obywatelka stanęła demonstracyjnie po stronie wroga Polski Ludowej, nie można pozwolić obywatelce na deprawowanie polskiej młodzieży…" I tak skończyła się moja nauczycielska kariera. Nie miałam specjalnych kłopotów pedagogicznych. To jakoś przyszło samo z siebie. Z perspektywy lat, myślę, że zdobyłam sobie autorytet dzięki temu, że ja się swoich uczniów nie bałam. Miałam 24 lata. Nie miałam doświadczenia, a już na pewno mój wygląd nie mógł budzić respektu. Pojedynczy uczeń w klasie może być mądry, zdolny, tępy lub ograniczony. Klasa jako całość zawsze jest mądra. Zawsze wie, na co stać nauczyciela. W krótkim czasie rozszyfruje bezbłędnie każdego i od tego osądu zależy wszystko. Powody mojej odwagi były prozaiczne i zupełnie niepedagogiczne. Chciałam pracować w tej szkole, bo potrzebne mi były pieniądze. Na to, żeby być zaszczutą nauczycielką, którą klasa lekceważy, byłam zbyt harda i niezależna. Nie miałam wielkich sukcesów, jeżeli chodzi o wyniki nauczania, ale zdobyłam coś, co jest dla każdego nauczyciela bezcenne - autorytet. Nadeszła "odwilż". Mój mąż wrócił z więzienia. Przeniosłam się do Szczecina i nigdy już nie wróciłam do pracy nauczycielskiej.

Nie wiem, jaką byłabym z czasem nauczycielką. Pewno nigdy nie dorównałabym mojej Ciotce, Józefie Bilewicz. Ona kochała to, co robiła. Nigdy nie przestała być nauczycielką. To Ona, jako już przeszło osiemdziesięcioletnia staruszka, nauczyła mojego wnuka, Jasia, czytać i pisać, zanim jeszcze poszedł do szkoły. Nie wiem, czy często zdarza się, żeby prababcia uczyła pierwszych liter. Myślę, że nie często.



Mnie również wychowały nauczycielki. Moja Babcia, Janina Bilewicz, po ukończeniu gimnazjum w Łunińcu pojechała w 1926 roku na kurs nauczycielski do Wilna. Na wiszącej w domu, sepiowanej fotografii stoi wśród tłumu świeżych nauczycieli-absolwentów kursu, na stopniach wileńskiej katedry, jedna z wielu… Potem przez wiele lat uczyła w wiejskich szkołach na Polesiu, w powiecie kobryńskim, wożąc ze sobą jedynie stolik do pracy, pudło z książkami i metalowe składane łóżko. Na tym łóżku sypia do dziś. Ma 87 lat.

Jej córka, Jadwiga, także została nauczycielką. Ukończyła słupskie Liceum Pedagogiczne, później kołobrzeski SN, ten sam, który po przeniesieniu do Słupska przekształcił się w Wyższą Szkołę Nauczycielską, a dziś Pedagogiczną. Przez trzydzieści lat pracowała w szkole podstawowej. Mnie uczyła plastyki. Gdy niedawno odeszła na emeryturę, ja przejąłem Jej gabinet i Jej przedmiot. Jej właśnie zawdzięczam najbardziej rozbudzenie moich zainteresowań.

Zostałem nauczycielem raczej z przypadku. Studiowałem historię sztuki. Miałem pracować w muzeum. Zaproponowano mi pracę na uczelni, również w podstawówce i liceum. I tak już zostało. Uprawiam zawód, którego się nigdy nie uczyłem, do którego się nie przygotowywałem, o którym nawet nigdy nie myślałem… Jestem nauczycielem. Podobno nawet mam zadatki na dobrego nauczyciela. A to chyba nieźle, jak na dość przypadkowy wybór. A może brak wyboru? Gen nauczycielski niewątpliwie istnieje w mojej rodzinie.

Kończę, zdając sobie sprawę, że moje zwierzenia mogą wydać się niestosowne, zaś przywołane i przytoczone wspomnienia niepedagogiczne. Mam wszakże nadzieję, że niecałkiem.

Hubert Bilewicz

Słupsk

* Przytaczam wspomnienia Marii Towiańskiej-Michalskiej drukowane we fragmentach, pt. List do wnuka, "Twój Styl" 1992/7-8.

Luty 1995
REKLAMA
SPOŁECZNOŚĆ
KATEGORIE
NAJNOWSZE ARTYKUŁY

Warszawska Liga Debatancka dla Szkół Podstawowych - trwa przyjmowanie zgłoszeń do kolejnej edycji

Redakcja portalu 29 Czerwiec 2022

Trwa II. edycja konkursu "Pasjonująca lekcja religii"

Redakcja portalu 29 Czerwiec 2022

#UOKiKtestuje - tornistry

Redakcja portalu 23 Sierpień 2021

"Moralność pani Dulskiej" Gabrieli Zapolskiej lekturą jubileuszowej, dziesiątej odsłony Narodowego Czytania.

Redakcja portalu 12 Sierpień 2021

RPO krytycznie o rządowym projekcie odpowiedzialności karnej dyrektorów szkół i placówek dla dzieci

Redakcja portalu 12 Sierpień 2021


OSTATNIE KOMENTARZE

Wychowanie w szkole, czyli naprawdę dobra zmiana

~ Staszek(Gość) z: http://www.parental.pl/ 03 Listopad 2016, 13:21

Ku reformie szkół średnich - część I

~ Blanka(Gość) z: http://www.kwadransakademicki.pl/ 03 Listopad 2016, 13:18

"Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie"

~ Gość 03 Listopad 2016, 13:15

"Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie"

~ Gość 03 Listopad 2016, 13:14

Presja rodziców na dzieci - Wykład Margret Rasfeld

03 Listopad 2016, 13:09


Powrót do góry
logo_unii_europejskiej