Imię i nazwisko:
Adres email:


Postawa nadmiernego krytykowania



Mama Martynki jest osobą o twarzy, na której ciągle maluje się niezadowolenie. Rzadko się uśmiecha, jeszcze rzadziej coś lub kogoś chwali. Wyniosła postawa, brak cierpliwości i nerwowość powodują, że bardzo trudno się z nią rozmawia. Bierze udział wraz ze swym dzieckiem we wszelkich spotkaniach, uroczystościach i wyjazdach, ale zawsze ma coś do zarzucenia warunkom, organizatorom, uczestnikom, pogodzie i oczywiście własnej córce.


Nigdy nie zwraca uwagi na intencje; te się według niej nie liczą. Faktem jest, że to nie one tworzą efekty godne zapamiętania, ale ich brak nie zmobilizuje nigdy nikogo do działania. W przypadku wychowania dziecka musimy wręcz skupić się na jego intencjach - ono najpierw chce, a dopiero potem może - czyli osiąga efekty. Martynka, mimo dość ciężkiego stopnia porażenia mózgowego (trudności utrzymania pozycji siedzącej, duże napięcia w kończynach dolnych), jest bardzo dobrze rozwinięta umysłowo. Doskonale daje sobie radę z programem "zerówki", ma duży zasób słów, dobrą pamięć. Jak większość naszych dzieci ma kłopoty z wymową: mówi cicho i niewyraźnie, bardzo rozwlekle.

Mama jest głównie skupiona na procesie rehabilitacji, czyli fizycznych problemach swego dziecka. Jest to postawa naturalna, gdyż rodzice chcą pomóc swym chorym dzieciom poprzez usuwanie braków, czując podświadomie, iż możliwość poruszania się zwiększy ciekawość świata i pobudzi rozwój intelektualny. To prawda, ale mając dziecko w tzw. normie intelektualnej można się z tego przede wszystkim cieszyć oraz wykorzystywać to z powodzeniem w procesie usprawniania fizycznego. Rozumiem pod tym sformułowaniem zaufanie dziecku jako osobie myślącej i rozumiejącej: ono uświadamia sobie potrzebę pracy i uwewnętrzni ją czyniąc tę pracę czymś osobistym. Przestanie tym samym być przedmiotem terapii, stanie się jej aktywnym uczestnikiem.

Mama nie zwraca uwagi na drobne, choć widoczne efekty wspólnej pracy, skupiona jest raczej na ciągle dalekim celu zupełnej doskonałości oraz na wszelkich problemach. Specyfika pracy w grupie zerowej w naszym ośrodku jest taka, że dzieci są pozostawiane na dzienny pobyt i po zajęciach odbierane. Mama przy odbiorze Martynki przejawia postawę egzekutora: "Czego cię nauczyli nowego?", oglądając prace plastyczne mówi: "Coś ty tam narobiła?"

Jej zainteresowanie kieruje się bardziej na zewnątrz - na to, jak pobudzane jest jej dziecko a nie na to, jak Martynka odbiera stymulację i co jej ona daje. Wygląda to tak, jakby o przebiegu i efektywności terapii świadczył wygląd sali lub ilość sprzętu rehabilitacyjnego, a nie jego wykorzystanie. Poza tym bardzo ważne jest rozróżnienie między postawą krytykującą a krytykancką.

Krytykanctwo nie daje szansy. Nikt i nic nie spełni wymagań krytykanta. Powoduje to, że człowiekowi, a w sposób szczególny dziecku, odebrane są możliwości działania. Nie dosłownie, ale w sensie psychicznym: jeśli ciągle jest coś źle, jeśli wszystko jest nie takie, to po co znów próbować, po co się trudzić? Łatwo zniechęcić dziecko ciągłym niedocenianiem, niedowartościowaniem i skupianiem się na błędach. Aby wyeliminować błędy, nie trzeba ich podkreślać, należy natomiast dać siłę do ich przezwyciężania oraz podpowiedzieć, jak to zrobić. Krytykanctwo jest bliskie odrzuceniu i często do tego zmierza.

W przypadku mamy Martynki krytykanctwo wynika z ogromnych trudności w pogodzeniu się z sytuacją posiadania chorego dziecka. Czuje się niesprawiedliwie potraktowana przez życie i trudno jej polubić to życie w każdej formie, w jakiej się przejawia. Nie ma zaufania do nikogo i niczego, woli znaleźć braki i niedostatki niż ucieszyć się i odprężyć, gdyż to może znowu grozić jakimś ciosem. Powoli następować będzie zmniejszanie dystansu między nią a światem Martynka stanie się pomostem, który spowoduje zbliżenie.

Żadne dziecko odpowiednio stymulowane w swoim rozwoju nie stoi w miejscu. Każde rozwija się według swych możliwości, a akceptacja i mądra życzliwa krytyka będzie wspomagała ten rozwój.


Istotny jest także problem kary w stosunku do dziecka, bo jako karę dziecko odbiera ciągłe niezadowolenie swych rodziców. Miałam możliwość obserwacji matki, która traktowała swego syna niczym przysłowiowy bębenek.

Marcin porusza się samodzielnie, jest inteligentnym i miłym chłopcem. Jest ciekawy, pełen zainteresowania, wszystkim zadaje mnóstwo pytań. Lubi zajęcia, chętnie w nich uczestniczy, jest aktywny. Mama ciągle go poprawia, ciągle strofuje. Bardzo niecierpliwi ją długi czas wykonywania pracy, powolne chodzenie, to, że nie odpowiedział pierwszy na pytanie. Dziecko bardzo chce zasłużyć na pochwałę. Jest to najwyższa nagroda. Dorośli, z którymi jest związane emocjonalnie, są dla niego dystrybutorami nagród i kar. Ciągłe niezadowolenie, nieakceptacja jest dotkliwą karą. Przeżywa to mocno i głęboko zapada w jego świadomości to, że nie spełnił oczekiwań rodziców. Spowodować to może, że dobry potencjał intelektualny dziecka i niezłe możliwości ruchowe staną przed barierą psychiczną: nie warto!


Nasze dzieci uczą się wszystkiego przede wszystkim dla nas, rodziców. One jeszcze nie rozumieją potrzeby wiedzy, rehabilitacji, zasad dobrego wychowania. My je tego uczymy, jesteśmy tej nauki egzekutorami i my jesteśmy nagradzającymi. Nagroda jako pochwała, pogłaskanie, dostrzeżenie wysiłku dziecka jest zawsze skuteczniejsza niż kara. Można nią szafować w dowolny sposób, nie trzeba się bać, że dziecko zostanie rozpuszczone. W tym miejscu jest także możliwa wspomniana życzliwa krytyka. Natomiast niezauważanie czegoś, bagatelizowanie wysiłku jest zawsze dla dziecka karą. Marcin znosił ciągłe karcenie z dużym spokojem, choć znamienne było to, że często z błahych powodów płakał i nie chciał się rozstać z mamą ani na chwilę. Nie miał poczucia bezpieczeństwa i nie czuł się pewnie pozostając sam. Miał już świadomość, że nie da sobie rady bez mamy.

Mama Marcina była także bardzo nierówna w swym stosunku do syna. Po ciągłym sarkaniu, niezadowoleniu i karceniu Marcina zaczynała go przytulać, całować, pytać, czy ją kocha. Ten brak równowagi w zachowaniu - labilność emocji - wynikać może z uświadamianej sobie w pewnych chwilach nieakceptacji Marcina jako dziecka chorego, mimo autentycznej miłości, jaką ją darzy. Brakuje jej cierpliwości i jednocześnie czuje się winna, że tak szybko się irytuje i nie potrafi cieszyć się tym, co jest. To poważny problem, któremu chciałabym przeciwstawić zachowanie innej pary.


Na zajęcia ze swoimi dziećmi nieczęsto przychodzą ojcowie. Tata Michasia jest mężczyzną, który odbywał ćwiczenia z synem bez pomocy żony. Sprawdził się w tej roli doskonale i jego stosunek do dziecka może być tylko wzorem. Jest bardzo spokojny, cierpliwy, pogodny, uważny. Traktuje swoje dziecko jak partnera: rozmawia z nim, zawiera umowy, przekonuje. Michaś ma trzy latka, a stopień porażenia, jakim jest dotknięty, jest bardzo lekki. Jest grzeczny, posłuszny, dzielnie wykonuje wszelkie ćwiczenia. Przyjmuje też w sposób dojrzały i bardzo naturalny różne sugestie, żeby zrobić coś mniej sprawną rączką. Nie jest nadmiernie "dorosły" i nie jest przytłoczony wymaganiami. Widać, że ojciec umie mu przekazać to, co jest istotne, najważniejsze. Potarł pracować z nim razem biorąc aktywny udział w jego wysiłku. W ten sposób doszedł do zrozumienia swego syna i potrafi chwalić go nie tylko za efekty, ale także za to, że Michaś coś bardzo chciał zrobić, lecz nie udało mu się tego osiągnąć.

Umie mu w przyjacielski sposób powiedzieć, co mu się nie podoba i dlaczego coś jest zabronione. Jest dla swego dziecka autorytetem, jego zdanie się liczy. Pozwala mówić Michasiowi, nie przerywa mu, nie ironizuje. Traktuje poważnie to, co ma do powiedzenia. W pracach plastycznych zawsze stara się zauważyć coś atrakcyjnego i wartościowego. Swoje wymagania przekazuje w sposób właściwy, czyli tak, że syn rozumie ich zasadność i wie, że są one istotne. Poza tym tata jest konsekwentny - nie zmienia zdania, nie zrywa umów, jest uczciwy - okazuje zadowolenie, jeśli wszystko przebiega pozytywnie, a złości wtedy, gdy coś jest nie w porządku. To powoduje, że wzajemne relacje są jasne.

Michaś jest pogodny i otwarty w stosunku do innych ludzi. Lubi bawić się z dziećmi, nie rozczula się nad sobą. Ufa dorosłym i traktuje ich obietnice poważnie. W sposób dojrzały odnosi się do ćwiczeń, choć oczywiście jest tylko dzieckiem i ma swoje kaprysy.


Sądzę, że każde dziecko można traktować w ten sposób jako podmiot. Jako osobę, która rozumuje po swojemu, w sposób dla siebie właściwy. Jako partnera w uczuciach - bo dziecko czuje, odbiera nasze emocje, rozumie je, uczy się ich odbioru i sposobów przekazywania. Kocha swoich rodziców i bardzo pragnie być kochane. A trzeba sobie często przypominać, że w atmosferze miłości dużo szybciej przebiegają wszelkie procesy rozwojowe i łatwiej przezwyciężyć ograniczenia fizyczne w procesie terapii.


Ewa Kuś

WSPS,Warszawa

 

Luty 1995
REKLAMA
SPOŁECZNOŚĆ
KATEGORIE
NAJNOWSZE ARTYKUŁY

Warszawska Liga Debatancka dla Szkół Podstawowych - trwa przyjmowanie zgłoszeń do kolejnej edycji

Redakcja portalu 29 Czerwiec 2022

Trwa II. edycja konkursu "Pasjonująca lekcja religii"

Redakcja portalu 29 Czerwiec 2022

#UOKiKtestuje - tornistry

Redakcja portalu 23 Sierpień 2021

"Moralność pani Dulskiej" Gabrieli Zapolskiej lekturą jubileuszowej, dziesiątej odsłony Narodowego Czytania.

Redakcja portalu 12 Sierpień 2021

RPO krytycznie o rządowym projekcie odpowiedzialności karnej dyrektorów szkół i placówek dla dzieci

Redakcja portalu 12 Sierpień 2021


OSTATNIE KOMENTARZE

Wychowanie w szkole, czyli naprawdę dobra zmiana

~ Staszek(Gość) z: http://www.parental.pl/ 03 Listopad 2016, 13:21

Ku reformie szkół średnich - część I

~ Blanka(Gość) z: http://www.kwadransakademicki.pl/ 03 Listopad 2016, 13:18

"Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie"

~ Gość 03 Listopad 2016, 13:15

"Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie"

~ Gość 03 Listopad 2016, 13:14

Presja rodziców na dzieci - Wykład Margret Rasfeld

03 Listopad 2016, 13:09


Powrót do góry
logo_unii_europejskiej